Blog > Komentarze do wpisu
W Kościanie, w Paryżu, w Lailly-en-Val… (2)

- Informacji do korespondencji radiowych dostarczali panu ludzie przyjeżdżający z Polski?

- Źródłem informacji byli ludzie przyjeżdżający z kraju. Były ich setki, po 1956 roku mogli przecież opuszczać Polskę. Widywałem wielu pisarzy, w tym Jerzego Andrzejewskiego. Pawia Hertza (który był dalekim krewnym Zygmunta). Wszystko to pozwoliło mi wytworzyć sobie dobry obraz tego, co zachodzi w Polsce. Wiadomości otrzymywaliśmy także od skłóconych frakcji w Polsce. Kiedyś nawet mieliśmy podejrzenia, że coś podsyła nam między innymi Mieczysław Moczar. Później dowiedziałem się, że przez długie lata czołowym współpracownikiem Radia Wolna Europa był cudowny człowiek, Władysław Bartoszewski. Spotykając go w 1983 roku w Paryżu, nie wiedziałem, że był on przez długie lata jednym z czołowych tajnych doradców Nowaka. Dostawałem też informacje za pośrednictwem Piotra Jeglińskiego, który był w Paryżu przedstawicielem lubelskiej grupy „Spotkania". Owe wiadomości przychodziły do Jeglińskiego w mikrofilmach, ukryte w okładkach książek wysyłanych przez lubelską grupę „Spotkań" - Janusza Krupskiego, Janusza Bazydłę i innych.

Pod koniec lat 80. zacząłem nagrywać rozmowy telefoniczne z Polską. Z Paryża łatwiej było się dodzwonić do kraju niż z Monachium. Wówczas już wielu ludzi zgadzało się rozmawiać z nami, udzielać mi wywiadów. Nagrywałem rozmowy z Bronisławem Geremkiem, Adamem Michnikiem, Marcinem Libickim, wielokrotnie z Lechem Wałęsą. Pamiętam świetne wypowiedzi Donalda Tuska, ale też ludzi innych orientacji. Na przykład dobrych wywiadów udzielał mi Cimoszewicz.

.

Maciej Morawski w paryskim biurze Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa

Fot. © Archiwum Macieja Morawskiego

.

- Jednak nawet życie „na Zachodzie" nie chroniło przed komunistycznymi prześladowaniami... Jerzy Giedroyc mawiał, że „Polacy już nie zabijają ", a przecież choćby żony dziennikarzy odczuwały boleśnie aktywność „czerwonych służb".

- Tak było. Aktywność ta przejawiała się poprzez telefony, anonimy, pogróżki, listy, podkładanie jakichś dziwnych pism pod drzwi, także moje, w Paryżu. Niestety, te pisma nie zachowały się. bo natychmiast je przekazywałem do Monachium. Wszystko to bardzo źle wpłynęło na stan zdrowia mojej żony, która w końcu ciężko zachorowała, a ja czuję się za to współodpowiedzialny. Moja praca powodowała, że ona strasznie się bała. Było czego się bać. Na przykład moich kolegów Bułgarów kłuto „bułgarskim parasolem"(wkłuwano im truciznę), w Londynie zamordowano w ten sposób bułgarskiego dziennikarza. Moją rumuńską koleżankę Monikę Lovinesco ciężko pobito pod jej domem w Paryżu. Wszystko to wytwarzało atmosferę zastraszenia, osoby słabsze nerwowo nie wytrzymywały. Moja żona tego nie wytrzymała. Żona Nowaka też bardzo się tym przejmowała. Wiadomo, że kiedyś zadzwonił do niej telefon, gdy Nowak był operowany, a nieznajomy głos doniósł, że jej mąż umarł na stole operacyjnym, co nie było prawdą. Chodziło o to, by ją zastraszyć.

Ja też miałem problemy. Przeżyłem kryzys już w roku 1944 w Polsce, w czasie powstania warszawskiego. Byłem wtedy pracownikiem służby sanitarnej AK. Zostałem zablokowany na Ochocie, zostałem z matką, która przeżyła ciężki szok nerwowy, gdy dom nasz zajęli żołnierze z osławionej brygady Kamińskiego, którzy znęcali się nad ludnością. Nieco później dowiedzieliśmy się, że w powstaniu poległa moja siostra. Przyjechałem do Paryża w listopadzie 1946, matka była w ciężkim stanie, wymagała leczenia, była osobą dzielną, szlachetną, a jednak bardzo depresyjną - i odbiło się to mocno na życiu moim i ojca. Miałem wtedy jeszcze nadzieję na powrót do Polski. W '47 roku przyjeżdżał do nas przyjaciel mojego ojca, wówczas dyrektor Departamentu Zachodniego w warszawskim MSZ-ecie, Tadeusz Chromecki, który twierdził, że mam szansę dostać posadę w tym ministerstwie po skończeniu studiów. Mój ojciec nie wierzył w to, uważał, że Chromecki naiwnie się łudził. Rzeczywiście, rok czy dwa później Chromeckiego zamknięto na osiem lat, a po wyjściu z więzienia popełnił samobójstwo...

- Dlaczego chciał pan wracać do Polski?

- Moja matka uważała, że nasze miejsce jest w Polsce, że trzeba odbudowywać kraj, zapobiegać powstaniom. Do 1948 roku wydawało się nam, że jeszcze „jakoś to będzie". Niektórzy uważali, że Stalin przyznał Polsce specjalny status, że Polska będzie witryną pokazową bloku socjalistycznego na Zachód.

Wszystko się zmieniło w 1948 roku. Znajomi zaczęli do nas pisać: „Nie wracajcie!". Ja wówczas zrozumiałem, że na Polskę spadła „noc stalinowska" i nie ma mowy o powrocie. Przeżyłem okres depresji nerwowej, związałem się z paryskim środowiskiem intelektualno-artystycznym, z awangardą... Niby coś tam studiowałem, ale głównie kręciłem się po dzielnicy Saint-Germain-des-Pres. Na szczęście szybko wyciągnęli mnie z tego wybitni francuscy jezuici i wróciłem do „wiary ojców". Od tego czasu stałem się katolikiem bardziej aktywnym, zacząłem działać w chrześcijańskiej demokracji. Francuzi wspaniale się zachowali, mimo że byłem trudnym pasażerem, wyraźnie „narwanym" w tym okresie. Pomogli mi skończyć studia, opiekowali się mną. Zarówno instytucje, jak i osoby prywatne. Dopiero wtedy zrozumiałem, jak wspaniałym i szlachetnym krajem jest Francja. A były to wczesne lata 50.

Były też ataki na nas ze strony francuskich komunistów. Pismo „L'Humanité" atakowało mojego ojca, pisało o nim i jego przyjaciołach: „Polscy zdrajcy i bandyci Andersa". Już wcześniej, pod koniec lat 40., zaprzyjaźniłem się z „Kulturą" paryską, szczególnie z Józefem Czapskim, później opublikowałem dwie nowele w „Kulturze". Wcześniej chodziłem z Giedroyciem i Czapskim na spotkania do księgarni Des amitiés Française, poznałem tu różnych ciekawych ludzi - Curzio Malapartego, Juliena Greena i wielu innych. Wszedłem jednak przede wszystkim na drogę wytyczoną przez Mauriaca i Bernanosa, czyli wróciłem do aktywnego katolicyzmu, a wiele lat później, w 1977 roku, stałem się kawalerem maltańskim. Jestem głęboko wierzącym katolikiem i daje mi to wielką siłę.

- Jak wiadomo, komuniści zagłuszali audycje Wolnej Europy, ale „szpiegów" zwalczali bardziej perfidnymi metodami...

- W istocie, różne były metody. Jak mówiłem, ktoś składał np. donosy, że jestem groźnym homoseksualistą. Sprawa była złożona, bo w całym środowisku intelektualno-artystycznym, w którym się wówczas obracałem, rzeczywiście była ogromna ilość homoseksualistów i biseksualistów, a ja kręciłem się wśród ludzi, którzy mieli takie powiązania. Nasi przeciwnicy starali się posługiwać w walce między innymi homofobią; takie to były metody walki politycznej. Ale ludziom, którzy mnie wtedy atakowali, przebaczam, uważam, że stalinowcy narzucali im takie brutalne środki walki. Przyklejano mi oczywiście także tatkę szpiega. Jak wiadomo, komuniści szczególnie nienawidzili dziennikarzy inwestygacyjnych, którzy odsłaniali to, co naprawdę działo się w krajach zwanych socjalistycznymi.

Ciąg dalszy – część III

piątek, 17 lipca 2009, maciej.dzierzykraj-morawski

Polecane wpisy

  • Widziane z Paryża 158/2017

    Julia Hartwig: "Zawsze powroty. Z dzienników podróży", Warszawa 2005, str. 288  Zmarła Julia Hartwig (ur. 14 sierpnia 1921 r. w Lublinie, zm. 14 lipca 2

  • Szpion z Paryża (1)

    „Przewodnik Katolicki” (Poznań) Nr 29/19.07.2009 r. Z Maciejem Morawskim, legendarnym paryskim korespondentem Radia Wolna Europa, rozmawia Michał Bo

  • Szpion z Paryża (2)

    „Przewodnik Katolicki” (Poznań) Nr 29/19.07.2009 r. - W naszej rozmowie wciąż przewija się nazwisko ikony Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Jana

© Maciej Morawski
Paryż
2007-2017

* * *

WYDAWCA SERWISU:

© Stowarzyszenie Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego / www.wolnaeuropa.pl

ADMINISTRATOR SERWISU:

Mariusz Kubik / Stowarzyszenie RWE

Treść niniejszego bloga jest wyrazem prywatnych poglądów autora, nie będących stanowiskiem i opiniami wydawcy oraz administratora serwisu.