piątek, 31 lipca 2009
Szpion z Paryża (1)

 

„Przewodnik Katolicki” (Poznań)
Nr 29/19.07.2009 r.

Z Maciejem Morawskim, legendarnym paryskim korespondentem Radia Wolna Europa, rozmawia Michał Bondyra

- Dwadzieścia siedem lat pracy korespondenta w Paryżu to nie jedyna Pańska współpraca z Wolną Europą...

- Moja przygoda z Wolną Europą zaczęła się już w roku 1953 w Strasburgu, kiedy byłem stypendystą Kolegium Wolnej Europy. Studiowałem wtedy na tamtejszym uniwersytecie, przygotowując pracę w ramach Wyższych Studiów Europejskich o metodach zwiększania wydajności pracy ludzkiej w Polsce, czyli o stachanowizmie. Ta praca szalenie podobała się Amerykanom, którzy chcieli mi ufundować stypendium w USA. Po ukończeniu studiów przez donos spreparowany prawdopodobnie przez komunistów, mówiący o tym, że byłem komunistą i homoseksualistą, stypendium nie dostałem.

To była epoka „McCarthyzmu” – polowania na czarownice. Mimo sugestii nie interweniowałem w tej sprawie w Waszyngtonie i rozpocząłem pracę dla Francuzów. Po dwóch, trzech latach, kiedy epoka „McCarthyzmu” się skończyła, zostałem prezesem Polskiego Zjednoczenia Młodzieży Chrześcijańsko-Społecznej (sekcji polskiej Międzynarodówki Młodych Chrześcijańskich Demokratów), która ściśle współpracowała z Komitetem Wolnej Europy finansującym działalność emigracyjną organizacji politycznych podobnych do zjednoczenia, równocześnie rozpocząłem też współpracę z paryskim biurem Radia Wolna Europa. Stałym korespondentem RWE w Paryżu zostałem w 1965 roku.

- Jak wyglądała ta praca?

- Początkowo, gdy jeszcze współpracowałem z biurem RWE, zacząłem dostarczać Zygmuntowi Michałowskiemu, ówczesnemu korespondentowi w Paryżu, informacje o tym, co dzieje się w Polsce. Widywałem wtedy masę ludzi przyjeżdżających z kraju, m.in. Jerzego Zawieyskiego, posła Zbyszka Makarczyka, Andrzeja Wielowiejskiego czy Tadeusza Myślika. Nieco później, za pośrednictwem Piotra Jeglińskiego, współtworzącego niezależne pismo młodych katolików „Spotkania” w Lublinie zacząłem otrzymywać fantastyczne informacje, jak choćby te o podziałach w partii. Koledzy z miesięcznika „Spotkania” Janusz Krupski i Janusz Bazydło w okładkach od książek przesyłali Jeglińskiemu do Paryża mikrofilmy z informacjami, a ten, ponieważ nie mógł utrzymywać ze mną oficjalnego kontaktu, przepisywał treść mikrofilmów i w konfesjonale jednego z paryskim klasztorów doręczał mi je w postaci maszynopisu. Pamiętam, jak mój dyrektor Michałowski był zdumiony tymi spotkaniami w konfesjonale, a dyrekcja w Monachium wartością przesyłanych materiałów.

Choć sam Nowak Jeziorański uważał mnie za jednego ze swoich najlepszych korespondentów informacyjnych, z czasem zaistniała potrzeba, bym „gadał” do radia z Paryża. Wynikało to z prostej przyczyny, że łatwej było się dodzwonić z Paryża do Warszawy, no i miałem podobno ten dar „gadania”. Znakomity już wówczas młody Bronek Wildstein podśmiechiwał się trochę ze mnie, że kończę moje rozmowy zdaniem: „Pana serdecznie pozdrawiam, pani rączki całuję i psu rączki całuję”. Naturalnie te wszystkie uprzejmości wycinano.

Po stanie wojennym w paryskim biurze Wolnej Europy zjawili się nowi wybitni ludzie, m.in. Krzysztof Rutkowski, Andrzej Mietkowski, Jan Andrzej Stepek, Maria de Hernandez-Paluch. Informacje dostarczał też, a później nagrywał dla nas świetnie wypowiedzi, mój przyjaciel Marcin Libicki. Byłem też w stałym kontakcie z pallottyńskim Centrum Dialogu na rue Surcouf w Paryżu, w którym schronienie znajdowali, ale i odczyty mieli Władysław Bartoszewski, Stefan Kisielewski, Tomasz Łubiński, a nawet Zbigniew Herbert czy Czesław Miłosz. To był ośrodek, gdzie można było „gadać”. Prowadził go wtenczas ks. Zenon Modzelewski, a pomagali mu ks. Marian Falenczyk, ks. Florian Kniotek oraz Danuta Szumska, która pomagała mi tłumaczyć depesze AFP dla Polski. Pamiętam, gdy podczas odbywającego się tam jednego z odczytów było bardzo mało ludzi, a ksiądz superior Modzelewski powiedział: „nic nie szkodzi, jest Morawski z Wolnej Europy i tak osiem milionów Polaków was usłyszy”.

- I faktycznie miliony słuchały, choć ci, którzy do nich nadawali lub jak sam pan mówi „gadali”, przypłacali to życiem, zdrowiem, czasem „tylko” szykanami. Pana los także nie oszczędził...

- Ponieważ byłem jednym z lepszych korespondentów informacyjnych, władze PRL określały mnie mianem szpiona. Uważano mnie za szpiega, wciąż grożono. Jeszcze po 89 roku odbierałem dziwne anonimowe telefony. To była zimna wojna. A ja jestem jej weteranem, bo to ona rozbiła mi życie rodzinne. Choć wiele wycierpiałem, to nie przejmowałem się tak pogróżkami, jak moja żona Jadwiga. Ona ciągłe zastraszanie ciężko przeżywała, a po upadku komunizmu załamała się nerwowo i odseparowała się ode mnie. Tamte szykany odcisnęły piętno też na życiu mojej córki. Podobnie odbiło się to na życiu żony Nowaka – pani Grety. Kiedyś, gdy Nowak przechodził jakąś operację, dostała telefon, że „ten skurwysyn, wróg Polski Ludowej, umarł na stole operacyjnym”, co oczywiście nie było prawdą. W wielu przypadkach na szykanach i pogróżkach się nie kończyło. Były napaści, pobicia, jak choćby to, które spotkało moją rumuńską koleżankę Monikę Lowinescu.

Ale to była zimna wojna, a ja, jako wychowanek Matki Boskiej Jurkowskiej, zwanej Matką Boską Pojednania Narodowego, uważam, że trzeba przezwyciężyć przeszłość i po katolicku dawnym przeciwnikom wybaczyć.

Ciąg dalszy – część II

11:01, maciej.dzierzykraj-morawski , Wywiady / Opinie
Link Dodaj komentarz »
Szpion z Paryża (2)

„Przewodnik Katolicki” (Poznań)
Nr 29/19.07.2009 r.

- W naszej rozmowie wciąż przewija się nazwisko ikony Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Jana Nowaka Jeziorańskiego. Często wspominając o nim, mówi Pan: „mój ukochany Dyrektor”, „bohater mojego życia”, dlaczego?

- Bo to mój przewodnik, któremu bardzo wiele zawdzięczam. Dzięki niemu mogłem pracować w Wolnej Europie, robić coś, co w moim mniemaniu było bardzo pożyteczne, a do tego odpowiadało mojemu temperamentowi. Zawsze bardzo wysoko ceniłem jego realizm, wagę, jaką przywiązywał do zdobywania informacji mogących nam wskazać, ku czemu się idzie, co czai się za rogiem. Tym bardziej wdzięczny jestem mojemu ukochanemu Dyrektorowi za to, że zawsze podkreślał, że jestem dla niego jednym z tych ludzi, do których miał pełne zaufanie.

- A na ile ideały, o które walczył Jan Nowak, są dziś przestrzegane w dziennikarstwie, mass mediach?

- O to, by wytyczne Jana Nowaka były przekazywane, dbamy przez Stowarzyszenie Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Może zabrzmi to jak dowcip, ale naczelną zasadą Nowaka było to, by po pierwsze nie nudzić. Uczulał, by zawsze mówić prawdę, a złe wiadomości przekazywać jako pierwsze. Rzetelne informowanie społeczeństwa i mówienie prawdy było wymogiem, bo jak podkreślał, gdy się tego nie robi, słuchacze szybko się zorientują i po pewnym czasie stracą zaufanie. Tak było chociażby z peerelowską prasą, gdy ludzie zorientowali się, że kłamie.

Dziś, obserwując polską prasę zauważam, że zbyt wiele poświęca ona uwagi personalnym rozgrywkom i sporom, nie dostrzegając zagrożeń czyhających za rogiem. Nie widzi się problemów wynikających z kryzysu, konieczności mobilizacji w obrębie całej Europy w twórczym wysiłku, by ten kryzys przezwyciężyć. Konieczny jest euroentuzjazm młodych, by zbudować wielką, silną Europę. Potrzeba Europy opartej na najpiękniejszych wartościach francuskiej kultury politycznej. Na poszanowaniu wiedzy, literatury, sztuki, na dobrze pojętym humanizmie, ale i Europy opartej na wspaniałych społecznych encyklikach Jana Pawła II. Na miłości bliźniego i na dekalogu.

- Spoglądając dziś na to, co Pan przeszedł, zadam na koniec zdawać by się mogło trywialne pytanie: Było warto?

- Oczywiście, że tak. To była moja idea, instynkt, rodzinna tradycja – tradycja służenia Polsce. Mój ojciec Kajetan był przecież przez 30 lat we Francji ambasadorem wolnych Polaków, prowadząc taką nieformalną ambasadę reprezentującą nie PRL, a Polskę dawną, przedwojenną, katolicką. To co robiliśmy, to była walka o to, by Polska znów była wolna, katolicka, by znów była Polską.

10:52, maciej.dzierzykraj-morawski , Wywiady / Opinie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 lipca 2009
W Kościanie, w Paryżu, w Lailly-en-Val… (1)

„Odra” (Wrocław)

nr 4 / kwiecień 2009 r.

Z Maciejem Morawskim, byłym dziennikarzem Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa i prezesem Polskiego Funduszu Humanitarnego we Francji, rozmawia Renata Głowacka

.

Paryż, 1 grudnia 2008 r.   Fot. © Mariusz Kubik

Maciej Morawski nawiązał kontakt z Radiem Wolna Europa w połowie lat 50. Był współpracownikiem ówczesnego korespondenta polskiej rozgłośni RWE w Paryżu Zygmunta Michałowskiego; dostarczał mu informacje dotyczące przemian zachodzących w kraju, spisywane od osób przyjeżdżających z Polski. W latach 1953-54 uzyskał stypendium Komitetu Wolnej Europy. Studiował na uniwersytecie w Strasburgu - w Wyższej Szkole Nauk Europejskich, która wchodziła w skład tamtejszego uniwersytetu. Od roku 1955 byt działaczem Zjednoczenia Polskiej Młodzieży Chrześcijańsko-Społecznej. Do współpracy z tą organizacją wciągnął go Stanisław Gebhardt, czołowy działacz światowej Chrześcijańskiej Demokracji. Później został prezesem tego Zjednoczenia, które stanowiło sekcję polską Międzynarodówki Młodych Chrześcijańskich Demokratów. Współpracował też z delegaturą Komitetu Radia Wolna Europa, która mieściła się w Paryżu.

.

- Kiedy podjął pan stalą współpracę z Rozgłośnią?

- W roku 1965 stałem się etatowym pracownikiem RWE, korespondentem informacyjnym. Jak wynika z listów Jana Nowaka do mnie oraz z książki Kazimierza Zamorskiego, zaliczano mnie do grona najlepszych korespondentów. Dostarczałem informacje o tym, co zachodzi w Polsce, m.in. o walkach frakcyjnych wewnątrz PZPR, o sporach, jakie toczyły się na szczytach partii. Różnymi kanałami zdobywałem te wiadomości. Utrzymywałem kontakt z działaczami katolickimi z Polski, widywałem często - przed 1968 rokiem, bo później, jak wiadomo, nie mógł już tu przyjeżdżać - Jerzego Zawieyskiego. Spotykałem różnych innych posłów ze Znaku, m.in. Makarczyka, Stommę. Mazowieckiego, mego kuzyna Konstantego Łubieńskiego. Jerzy Zawieyski starał się grać rolę pośrednika między emigracją a krajem. Próbował przekonywać Gomułkę, że należy ten ustrój powoli liberalizować. To mu się, naturalnie, nie udawało, jak wiemy, skończyło się to tragicznie – ale równocześnie Zawieyski przekazywał nam dużo informacji pozwalających przeciwstawiać się temu, że w Polsce już w roku 1957 zaczął następować odwrót od osiągnięć Października.

.

W czasie swojej wcześniejszej współpracy z RWE, w 1953 roku, napisałem pracę, w której przedstawiłem system „stachanowszczyzny" w Polsce, a która spodobała Amerykanom; była nawet szansa, bym uzyskał stypendium na studia politologiczne do Stanów Zjednoczonych. Ale nagle w 1954 roku ktoś z kierownictwa kolegium dat mi znać, że nie ma szans, bym dostał takie stypendium, bo jest donos na mnie, że w 1945 roku w Kościanie byłem komunistą oraz że jestem groźnym homoseksualistą. Później, angażując mnie do współpracy, Amerykanie z Free Europe powiedzieli mi, 1) że ów donos z ‘54 roku był zapewne inspirowany przez UB; 2) że epoka McCarthy'ego, epoka polowania na czarownice, skończyła się. Dodali, że Blok Wschodni starał się wykorzystywać pewne ekscesy mccarthyzmu, by nastawiać wrogo do USA sfery artystyczne świata. To im się nie udało, bo wiadomo, jak brutalnie trzyma się w ryzach środowiska intelektualne ZSRR.

- Jak odbierano pana działalność w Polsce?

- Moje informacje dotyczące sytuacji w Polsce, które dostarczałem RWE, doprowadzały do szału różne „czynniki" PRL. W 1992 roku opowiadał mi ambasador Stanisław Gajewski, w latach 50. będący ambasadorem PRL w Paryżu, że ubeków rozwścieczały dwie rzeczy: to, iż zdobywałem informacje o sytuacji w Polsce, najbardziej te o sporach w partii, oraz że istniała w Paryżu ambasada polska bis - mianowicie biuro mojego ojca, Kajetana Morawskiego, którego po śmierci Sikorskiego mianowano I ambasadorem, akredytowanym przy Francuskim Komitecie Wyzwolenia Narodowego w Algierze. Jak wiadomo, w lipcu 1945 cofnięto naszemu rządowi w Londynie uznanie. Jednak na polecenie de Gaulle'a zachowano ojcu status dyplomatyczny, papiery a titre personel. Ubecy powtarzali, że mają jakieś metody, które mają mnie i jego zniszczyć w oczach Francuzów. Ale, jak widać, im się to nie udało. Francuzi zawsze wspaniale zachowywali się wobec nas, de Gaulle czasem zapraszał ojca do Pałacu Elizejskiego.

Ciąg dalszy – część II

13:54, maciej.dzierzykraj-morawski , Wywiady / Opinie
Link Dodaj komentarz »
W Kościanie, w Paryżu, w Lailly-en-Val… (2)

- Informacji do korespondencji radiowych dostarczali panu ludzie przyjeżdżający z Polski?

- Źródłem informacji byli ludzie przyjeżdżający z kraju. Były ich setki, po 1956 roku mogli przecież opuszczać Polskę. Widywałem wielu pisarzy, w tym Jerzego Andrzejewskiego. Pawia Hertza (który był dalekim krewnym Zygmunta). Wszystko to pozwoliło mi wytworzyć sobie dobry obraz tego, co zachodzi w Polsce. Wiadomości otrzymywaliśmy także od skłóconych frakcji w Polsce. Kiedyś nawet mieliśmy podejrzenia, że coś podsyła nam między innymi Mieczysław Moczar. Później dowiedziałem się, że przez długie lata czołowym współpracownikiem Radia Wolna Europa był cudowny człowiek, Władysław Bartoszewski. Spotykając go w 1983 roku w Paryżu, nie wiedziałem, że był on przez długie lata jednym z czołowych tajnych doradców Nowaka. Dostawałem też informacje za pośrednictwem Piotra Jeglińskiego, który był w Paryżu przedstawicielem lubelskiej grupy „Spotkania". Owe wiadomości przychodziły do Jeglińskiego w mikrofilmach, ukryte w okładkach książek wysyłanych przez lubelską grupę „Spotkań" - Janusza Krupskiego, Janusza Bazydłę i innych.

Pod koniec lat 80. zacząłem nagrywać rozmowy telefoniczne z Polską. Z Paryża łatwiej było się dodzwonić do kraju niż z Monachium. Wówczas już wielu ludzi zgadzało się rozmawiać z nami, udzielać mi wywiadów. Nagrywałem rozmowy z Bronisławem Geremkiem, Adamem Michnikiem, Marcinem Libickim, wielokrotnie z Lechem Wałęsą. Pamiętam świetne wypowiedzi Donalda Tuska, ale też ludzi innych orientacji. Na przykład dobrych wywiadów udzielał mi Cimoszewicz.

.

Maciej Morawski w paryskim biurze Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa

Fot. © Archiwum Macieja Morawskiego

.

- Jednak nawet życie „na Zachodzie" nie chroniło przed komunistycznymi prześladowaniami... Jerzy Giedroyc mawiał, że „Polacy już nie zabijają ", a przecież choćby żony dziennikarzy odczuwały boleśnie aktywność „czerwonych służb".

- Tak było. Aktywność ta przejawiała się poprzez telefony, anonimy, pogróżki, listy, podkładanie jakichś dziwnych pism pod drzwi, także moje, w Paryżu. Niestety, te pisma nie zachowały się. bo natychmiast je przekazywałem do Monachium. Wszystko to bardzo źle wpłynęło na stan zdrowia mojej żony, która w końcu ciężko zachorowała, a ja czuję się za to współodpowiedzialny. Moja praca powodowała, że ona strasznie się bała. Było czego się bać. Na przykład moich kolegów Bułgarów kłuto „bułgarskim parasolem"(wkłuwano im truciznę), w Londynie zamordowano w ten sposób bułgarskiego dziennikarza. Moją rumuńską koleżankę Monikę Lovinesco ciężko pobito pod jej domem w Paryżu. Wszystko to wytwarzało atmosferę zastraszenia, osoby słabsze nerwowo nie wytrzymywały. Moja żona tego nie wytrzymała. Żona Nowaka też bardzo się tym przejmowała. Wiadomo, że kiedyś zadzwonił do niej telefon, gdy Nowak był operowany, a nieznajomy głos doniósł, że jej mąż umarł na stole operacyjnym, co nie było prawdą. Chodziło o to, by ją zastraszyć.

Ja też miałem problemy. Przeżyłem kryzys już w roku 1944 w Polsce, w czasie powstania warszawskiego. Byłem wtedy pracownikiem służby sanitarnej AK. Zostałem zablokowany na Ochocie, zostałem z matką, która przeżyła ciężki szok nerwowy, gdy dom nasz zajęli żołnierze z osławionej brygady Kamińskiego, którzy znęcali się nad ludnością. Nieco później dowiedzieliśmy się, że w powstaniu poległa moja siostra. Przyjechałem do Paryża w listopadzie 1946, matka była w ciężkim stanie, wymagała leczenia, była osobą dzielną, szlachetną, a jednak bardzo depresyjną - i odbiło się to mocno na życiu moim i ojca. Miałem wtedy jeszcze nadzieję na powrót do Polski. W '47 roku przyjeżdżał do nas przyjaciel mojego ojca, wówczas dyrektor Departamentu Zachodniego w warszawskim MSZ-ecie, Tadeusz Chromecki, który twierdził, że mam szansę dostać posadę w tym ministerstwie po skończeniu studiów. Mój ojciec nie wierzył w to, uważał, że Chromecki naiwnie się łudził. Rzeczywiście, rok czy dwa później Chromeckiego zamknięto na osiem lat, a po wyjściu z więzienia popełnił samobójstwo...

- Dlaczego chciał pan wracać do Polski?

- Moja matka uważała, że nasze miejsce jest w Polsce, że trzeba odbudowywać kraj, zapobiegać powstaniom. Do 1948 roku wydawało się nam, że jeszcze „jakoś to będzie". Niektórzy uważali, że Stalin przyznał Polsce specjalny status, że Polska będzie witryną pokazową bloku socjalistycznego na Zachód.

Wszystko się zmieniło w 1948 roku. Znajomi zaczęli do nas pisać: „Nie wracajcie!". Ja wówczas zrozumiałem, że na Polskę spadła „noc stalinowska" i nie ma mowy o powrocie. Przeżyłem okres depresji nerwowej, związałem się z paryskim środowiskiem intelektualno-artystycznym, z awangardą... Niby coś tam studiowałem, ale głównie kręciłem się po dzielnicy Saint-Germain-des-Pres. Na szczęście szybko wyciągnęli mnie z tego wybitni francuscy jezuici i wróciłem do „wiary ojców". Od tego czasu stałem się katolikiem bardziej aktywnym, zacząłem działać w chrześcijańskiej demokracji. Francuzi wspaniale się zachowali, mimo że byłem trudnym pasażerem, wyraźnie „narwanym" w tym okresie. Pomogli mi skończyć studia, opiekowali się mną. Zarówno instytucje, jak i osoby prywatne. Dopiero wtedy zrozumiałem, jak wspaniałym i szlachetnym krajem jest Francja. A były to wczesne lata 50.

Były też ataki na nas ze strony francuskich komunistów. Pismo „L'Humanité" atakowało mojego ojca, pisało o nim i jego przyjaciołach: „Polscy zdrajcy i bandyci Andersa". Już wcześniej, pod koniec lat 40., zaprzyjaźniłem się z „Kulturą" paryską, szczególnie z Józefem Czapskim, później opublikowałem dwie nowele w „Kulturze". Wcześniej chodziłem z Giedroyciem i Czapskim na spotkania do księgarni Des amitiés Française, poznałem tu różnych ciekawych ludzi - Curzio Malapartego, Juliena Greena i wielu innych. Wszedłem jednak przede wszystkim na drogę wytyczoną przez Mauriaca i Bernanosa, czyli wróciłem do aktywnego katolicyzmu, a wiele lat później, w 1977 roku, stałem się kawalerem maltańskim. Jestem głęboko wierzącym katolikiem i daje mi to wielką siłę.

- Jak wiadomo, komuniści zagłuszali audycje Wolnej Europy, ale „szpiegów" zwalczali bardziej perfidnymi metodami...

- W istocie, różne były metody. Jak mówiłem, ktoś składał np. donosy, że jestem groźnym homoseksualistą. Sprawa była złożona, bo w całym środowisku intelektualno-artystycznym, w którym się wówczas obracałem, rzeczywiście była ogromna ilość homoseksualistów i biseksualistów, a ja kręciłem się wśród ludzi, którzy mieli takie powiązania. Nasi przeciwnicy starali się posługiwać w walce między innymi homofobią; takie to były metody walki politycznej. Ale ludziom, którzy mnie wtedy atakowali, przebaczam, uważam, że stalinowcy narzucali im takie brutalne środki walki. Przyklejano mi oczywiście także tatkę szpiega. Jak wiadomo, komuniści szczególnie nienawidzili dziennikarzy inwestygacyjnych, którzy odsłaniali to, co naprawdę działo się w krajach zwanych socjalistycznymi.

Ciąg dalszy – część III

13:49, maciej.dzierzykraj-morawski , Wywiady / Opinie
Link Dodaj komentarz »
W Kościanie, w Paryżu, w Lailly-en-Val… (3)

- Wróćmy jeszcze do głębszej przeszłości. Zanim zamieszkał pan we Francji, pana ojczyzną była Wielkopolska.

- Tak, jestem wiernym synem ziemi wielkopolskiej, mieszkańcem Kościana. Wojna nas stamtąd wygnała, chociaż już przed wojną mój ojciec, kiedy został I wiceministrem skarbu w polskim rządzie, mieszkał w Warszawie. Gdy wybuchła wojna, znaleźliśmy się w Warszawie wszyscy, poza ojcem, który był już za granicą. Nasz dom był centrum wywiadu AK. W pewnym momencie matka wysłała mnie na wieś, pod Warszawę, do mojego stryja Tadeusza Morawskiego. W 1945 roku wróciliśmy do Kościana, udało nam się odzyskać jakąś małą resztówkę, a był to okres, kiedy Kościan stanowił AK-owską wyspę na „morzu czerwonym". W Kościanie rządzili AK-owcy, którzy mnie protegowali, chronili. Byłem członkiem młodzieżowej organizacji OMTUR, miałem wtedy 15 lat.

- Proszę może powiedzieć coś więcej o słynnym rodzie Morawskich, jego korzeniach...

- Była to szlachta wielkopolska, wywodząca się z miejscowości Morawsko pod Poznaniem, która rozkwitła w XIX wieku. Zasłynęła wtedy też skłonnością do kompromisu. W owym okresie pojawił się najbardziej znany Morawski - Franciszek, generał, minister wojny w czasie powstania listopadowego, głośny poeta. Mój ojciec i ja dziedziczyliśmy tę rodową skłonność do kompromisu, chcieliśmy zawsze wszystkich godzić. Marzyliśmy o pojednaniu Polaków, co zapewne wywodziło się od naszego prapradziada, Franciszka Morawskiego, który pisał poematy mające pogodzić klasyków z romantykami, Koźmiana z Mickiewiczem. Nie bardzo mu to wychodziło, ale szedł po tej linii i od tego czasu Morawscy idą po tej linii.

Bracia mojego dziadka mieszkali w Krakowie. M.in. profesor Kazimierz Morawski, słynny łacinnik, był autorem monumentalnej Historii literatury rzymskiej. Jego brat, Zdzisław, był ministrem w Galicji, mówiono o nim, że lepiej zna renesans włoski niż rzeczywistość galicyjską. Rzecz rzadka, trzy osoby z naszej rodziny zostały odznaczone orderem Orła Białego: profesor Kazimierz Morawski za całokształt swej działalności, jego córka Zofia, współkierowniczka Zakładu dla Niewidomych w Laskach, oraz mój ojciec Kajetan Morawski.

- Który jest znany w historii jako „Ambasador wolnych Polaków"...

- Ambasador Kajetan Morawski był jednym z ludzi, którzy w 1918 roku budowali polski MSZ. Pracował w tym ministerstwie do momentu, kiedy Beck go stamtąd wyrzucił, było to w połowie lat 30. W czasie wojny ojciec był w Londynie posłem przy rządzie czechosłowackim, chciał budować unię polsko-czechosłowacką. Benesz w pierwszej chwili popierał tę koncepcję, lecz w końcu uległ naciskom Stalina, któremu zbliżenie polsko-czeskie było nie na rękę. Ojciec później został sekretarzem generalnym MSZ, którego szefem był Edward Raczyński.

.

Kajetan Morawski (1892-1973)

Fot. © Archiwum Macieja Morawskiego

Kolejne mieszkania Ojca – najpierw w Chaville, później w Neuilly na bulwarze Maillot, wreszcie w Paryżu na 174, rue d'Universite - stały się półoficjalną Ambasadą Wolnej Polski; i tu prasa nazwała go legendarnym „Ambasadorem Wolnych Polaków". Przyjaciel Giedroycia, Jerzy Stempowski, pisał wtedy o mym ojcu: „Ambasador Atlantydy", bo był on ambasadorem państwa, które nie istniało. Najbardziej jednak ojciec czuł się dumny z tego - ale była to z jego strony kokieteria - że jest członkiem Pen Clubu, że napisał 4 czy 5 książek i że jedna z nich, Tamten brzeg, bodajże w 1960 roku została wyróżniona nagrodą „Wiadomości" londyńskich.

- Kajetan Morawski zmarł w 1973 roku w Lailly-en-Val, w polskim Domu Seniora, którego byt współzałożycielem. Dziś pan odgrywa ważną rolę w działalności tego domu.

- Obecnie jestem prezesem Polskiego Funduszu Humanitarnego, który ma ten dom w swojej opiece. Dom powstał w roku 1957 dzięki funduszom, jakie mój ojciec i jego przyjaciele uzyskali od Wysokiego Komisarza ONZ dla Uchodźców. W pierwszej fazie mieliśmy narzuconą pewną ilość emigrantów rosyjskich, którzy uciekli z Chin, kiedy Chiny zajmowali komuniści. Właściwie był to jednak polski dom, przeznaczony dla polskich uchodźców politycznych. Pierwszym pensjonariuszem, mieszkającym tam przez 20 lat, był bohaterski obrońca Helu, admirał Unrug. Poza tym przeszło przez to miejsce ok. 400 osób. Częstym gościem bywał Józef Czapski, a Jerzy Giedroyc otaczał ten dom specjalną opieką. W pewnym momencie, po zgonie malarza, Giedroyc dawał nam subwencje na organizowanie tam warsztatów artystycznych im. Józefa Czapskiego. W ramach tych warsztatów co jakiś czas przyjeżdża do Lailly kilku studentów Akademii Sztuk Pięknych z Krakowa ze swoim profesorem.

Muszę podkreślić, że nasz dom w Lailly jest obecnie sanktuarium II Wielkiej Emigracji. Na tamtejszym cmentarzu spoczywa kilkuset polskich emigrantów politycznych, bojowników o wolność.

.

Dom Spokojnej Starości Polskiego Funduszu Humanitarnego w Lailly-en-Val

Fot. © Mariusz Kubik, 4 grudnia 2008 r.

- Obecnie Dom Seniora zmienia swój charakter...

- Rzecz w tym, że Polaków jest tam dziś mało - na 95 pensjonariuszy jest ich tylko kilkunastu, wśród nich pisarka Zofia Romanowiczowa i jej mąż Kazimierz Romanowicz, długoletni kierownik księgarni „Libella" na Wyspie św. Ludwika w Paryżu. Siłą rzeczy dom nabrał charakteru europejskiego. Przez sam fakt, że Polska przystąpiła do Unii, miejsce to zmieniło charakter, stało się europejskim ośrodkiem opieki nad seniorami. Protektorat nad domem objął Przewodniczący Parlamentu Europejskiego. Do Lailly specjalnie przyjechał z Brukseli mój bliski i długoletni przyjaciel, były informator Wolnej Europy, europoseł Marcin Libicki, przewodniczący Komisji Petycji tegoż Parlamentu, żeby uroczyście zakomunikować nam ową decyzję. Czynniki europejskie odnotowały, że Polski Fundusz Humanitarny we Francji, że my - działacze tego Funduszu, dyrektor i znakomity gospodarz, doktor nauk humanistycznych Uniwersytetu im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego Marek Szypulski - dążymy do tego, by dom byt wielkim wkładem Polski w budowanie europejskiego patriotyzmu na gruncie jakże ważnego problemu opieki nad seniorami.

Ludność naszego kontynentu niesamowicie szybko się starzeje. Współpracujemy z wieloma instytucjami, które interesują się tym trudnym problemem seniorów Europy.

Paryż, 13 grudnia 2008 r.

Ze szczegółową biografią Macieja Morawskiego można się zapoznać w książce Teresy Masłowskiej pt. Łącznik z Paryża. Rzecz o weteranie Zimnej Wojny (Instytut gen. Stefana „Grota" Roweckiego, „Złota seria biograficzna", Leszno 2009).

13:46, maciej.dzierzykraj-morawski , Wywiady / Opinie
Link Dodaj komentarz »
© Maciej Morawski
Paryż
2007-2017

* * *

WYDAWCA SERWISU:

© Stowarzyszenie Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego / www.wolnaeuropa.pl

ADMINISTRATOR SERWISU:

Mariusz Kubik / Stowarzyszenie RWE

Treść niniejszego bloga jest wyrazem prywatnych poglądów autora, nie będących stanowiskiem i opiniami wydawcy oraz administratora serwisu.